Profesor Libera trojako w pamięci

Pamięć chłopczyka
Zdzisław Libera pojawił się w polu mojej świadomości bardzo wcześnie.
Najpierw zachował się w mej pamięci tylko w relacjach starszych, jeszcze nie jako profesor, ale poważny, jak wspominano w moim domu, narzeczony panny Heleny, późniejszej Liberowej. Jednak publikowane źródła biograficzne mówią, że ożenił się jeszcze podczas wojny. Zatem w domu Dziadków bywał (był?) już jako mąż pani Heleny.

Profesor Libera trojako w pamięci
Profesor Libera trojako w pamięci

Był to drugi sławny polonista, o którym wspominało się w domu. Pierwszy to Stefan Żółkiewski, świetny teoretyk literatury, semiotyk. Nawiązała z nim kontakt, bodaj podczas II wojny światowej albo tuż przed nią, moja Ciocia, starsza siostra Ojca, Kazimiera Czyżówna, która już wybrała i podjęła studia na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu biologii, ale nadal ceniła i kochała literaturę. Zawsze lubiła Mickiewicza. Mówiła mi o świetności Nocy i dni Marii Dąbrowskiej. Miała w swej biblioteczce międzywojenne tomy wierszy Pawlikowskiej, Tuwima i Józefa Czechowicza. Miała nawet powieść Witkacego Pożegnanie jesieni. A i sama pisała wiersze, o które zagadnęła młodego Żółkiewskiego.
Podobno w toku decydującej rozmowy chodził po salonie i surowo tłumaczył:
Proszę pani, poezja to jest rzemiosło, a nie romantyczne natchnienia!
Było to chyba jednak w toku okupacji niemieckiej.
Polonistą sławnym pierwszym, o którym się mówiło w domu, był właśnie późniejszy profesor Zdzisław Libera.
Pani Helena Liberowa wynajmowała pokój w mieszkaniu, które na warszawskim Żoliborzu mieli moi Dziadkowie – Władysław i Maria Czyżowie. Musieli tam się przenieść podczas wojny z kamienicy w centrum, w Alei 3 Maja na wprost Muzeum Narodowego – bo zajęli ją Niemcy, przeznaczając na lokale dla oficerów. Mieszkali więc w willi dwupiętrowej na inteligenckim Żoliborzu, przy Felińskiego, zajmując trzy pokoje, przestronne, na pierwszym piętrze. Tam się potem urodziłem. I tam Dziadkowie podnajęli jednej pokój lokatorce. Pani Helena, wkrótce Liberowa, uczyła języka łacińskiego i historii w liceum. Mój najstarszy brat Władysław miał z nią potem lekcje łaciny.
Trzeba było uzyskać jakiś dochód, bo mój Dziadek, inżynier (ukończył politechnikę w Petersburgu, a na praktyki pojechał, tuż przed I wojną, do Berlina), który miał przed wojną małą firmę radiotechniczną, teraz został jej przez nowe władze, komunistyczne, pozbawiony – jako krwiożerczy kapitalista. W ostatnich latach dogorywał na raka. Babcia Maria („Musia”), córka lekarza z miasta Tuła w Rosji, przed wojną trochę uczyła na pensjach języka francuskiego, ale teraz to się nie ponowiło. Mój Ojciec właśnie studiował, też inżynierię, a Ciocia kończyła biologię. (…)

O autorze tekstu:

Antoni Czyż, urodzony 10 XI 1955 w Warszawie, gdzie mieszka. Historyk literatury i idei, edytor, filmoznawca. Uprawia też prozę poetycką.

Cały tekst przeczytasz w kwartalniku humanistycznym Ogród, nr 31-34.

Komentarze

Prześlij komentarz